Chichén Itzá – nadchodzimy!

Chichén Itzá, czyli prekolumbijskie miasto zostało założone przez Majów na półwyspie Jukatan, wpisane oczywiście na listę UNESCO. Najprężniej rozwijało się w X – XI wieku, a w XV miasto zostało opuszczone. Nazwa pochodzi od dwóch świętych zbiorników wodnych, stąd też nazwa – Źródła Ludu Itzá. Owe zbiorniki, cenote, służyły Majom do składania ofiar – wrzucano tam rytualnie łamane przedmioty. Znajduje się tutaj również największe na terenach Mezoameryki boisko do gry w ullamalitzli – rytualnej gry w piłkę. Gracze używali bioder, ud bądź kolan do umieszczenia piłki (w dawnych czasach czaszek wrogów) w specjalnych otworach wiszących po bokach boiska na około 3-4 metrach. Niektóre źródła podają, iż wielkim zaszczytem było zdobyć gola/punkt, a zawodnik, który tego dokonał, był składany w ofierze. Niestety, brak jest oficjalnych informacji na ten temat, więc do końca nie wiadomo, ile jest prawdy w legendach i odwrotnie.

DSC_1025.JPG
Boisko i obręcz do gry w ullamalitzi

DSC_1024

Tak w skrócie przedstawia się historia miejsca, które na pewno warto odwiedzić w Meksyku. Ale jak tam dotrzeć i ile to kosztuje?

Wyruszyliśmy z Valladolid, oddalonego o 45km od miasta Majów. I tutaj pojawia się pierwsza wskazówka – jeśli przyjedziecie do Valladolid z Cancún, Tulum, Playa del Carmen czy Bacalar, pamiętajcie o zmianie czasu. My to przeoczyliśmy i… no cóż, zacznijmy od początku.

dsc_1021

Budzimy się w hostelu. Wiedzieliśmy, że kasa biletowa otwierana jest o 8:00, a z relacji poznanych podróżników dowiedzieliśmy się, że to najlepszy czas na zwiedzanie. Pierwszym powodem jest dużo mniejsza ilość odwiedzających, która w godzinach późniejszych może skutecznie utrudnić zwiedzanie. Drugą kwestią jest temperatura – potrzebowaliśmy około 3 godzin, żeby przejść cały kompleks, więc im wcześniej zaczniecie, tym mniejszy upał będzie Wam doskwierał. Wracając, pobudka o 6:30, szybka poranna toaleta i lecimy na przystanek autobusowy kupić bilety. Wbiegamy na stację, jest 7:02, próbujemy kupić bilet i słyszymy „autobusu nie ma”. Świat na chwilę zwolnił, zaczęliśmy rozglądać się za vanami zwanymi „collectivo”, żeby zabrać się z nimi. Przemiły pan w okienku, widząc naszą konsternację, przytomnie zapytał „A skąd Wy, dzieci, przyjechaliście?”. Zdziwieni pytaniem odparliśmy, że z Bacalar. Uśmiech sprzedawcy pojawił się momentalnie, a mój śmiech, po usłyszeniu informacji „To przestawcie zegarki, bo tutaj jest godzinę wcześniej” długo mu wtórował. Tak więc pierwszą godzinę naszej podróży do ruin spędziliśmy w parku, popijając kawę. 🙂

DSC_1038.JPG

Po godzinnej kawie jesteśmy gotowi złapać upragniony transport do kas biletowych. I tutaj w zasadzie kończy się nasza opowieść – resztę powiedzą za nas zdjęcia. Dodam tylko, że zdecydowanie polecam być w pierwszej setce zwiedzających. Mieliśmy miejsce dla siebie przez pierwsze dwadzieścia, może trzydzieści minut. Około godziny 9:00 zauważyliśmy zdecydowany wzrost liczby zwiedzających, a opuszczając Miasto o 11:00, nie wierzyliśmy własnym oczom, co działo się przy kasach.

 

DSC_1002.JPG
Kolejka około godziny 7:50

 

dsc_1030
Tłumy o godzinie 11:00

 

Informacje praktyczne:

  • Autobus w jedną stronę z Valladolid – firma Mayab to około 35 peso, droższe ADO kosztuje w granicach 70-80
  • zbiorowa taksówka w jedną stronę (van collectivo), zabierająca około 12. pasażerów – około 30 peso (pamiętajcie, że warto się targować!)
  • bilet do Chichén – 254 peso

Aha, i jeszcze jedno. Majowie znani byli ze swoich umiejętności architektonicznych, a w tym przypadku, akustycznych. Spróbujcie klasnąć w dłonie, stojąc przed piramidą Kukulkana (Świątynia Zamek, największy i najbardziej okazały zabytek w kompleksie). Gwarantuje, że będziecie zaskoczeni efektami… 😉

DSC_1027.JPG
Ciekawostka – czaszki symbolizują ludzi, którzy byli złożeni w ofierze. Wszystkie skierowane są w jedną stronę – piramidy Kukulkana

 

DSC_1028.JPG

 

DSC_1031.JPG

 

 

Reklamy

3 uwagi do wpisu “Chichén Itzá – nadchodzimy!

    1. Tłumy można ominąć, jeśli odwiedzi się Chichen rano. 😉
      A wietnamskie tłumy pamiętam do dziś – po nocach śni mi się Ho Chi Minh i niewyobrażalna ilość skuterów. O atrakcjach turystycznych w innych rejonach nie wspominając. 😉

      Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s