Caminando, czyli przemyśleń ciąg dalszy

Opublikowaliśmy ostatnio wpis o naszych przemyśleniach odnośnie Camino. Tekst wyszedł spod ręki Oli i spotkał się z bardzo ciepłym przyjęciem. Dostaliśmy kilka próśb o rozszerzenie wpisu, rzucenie trochę światła na przemiany, które nastąpiły w nas po przejściu kraju wzdłuż. Czemu zatem nie zaspokoić Waszej ciekawości?

Tytułem wstępu – jeśli spodziewacie się pięknych ujęć i masy radości na twarzach osób uwiecznionych na zdjęciach – ten wpis może okazać się dla Was rozczarowaniem. Ola w przyjemny dla oka sposób połączyła tekst z obrazami w poprzedniej publikacji, w związku z tym ja skupię się raczej na tym pierwszym. Tutaj możecie podejrzeć wpis, który przywołuje: https://krokzakrokiemblog.wordpress.com/2018/12/08/przemyslenia-o-camino/

Przemiany, zmiany, modyfikacje, zgłębienie swojej wiary, bądź znalezienie ukrytego głęboko potencjału, odpowiedź na dręczące pytania lub czas na zadanie nowych, poznanie swoich fizycznych granic, itp. Większość napotkanych na trasie ludzi wymieniała nie mniej niż dwa z wyżej wymienionych epitetów. Jeśli o mnie chodzi, starałem się nie oczekiwać zbyt wiele, być gotowym na to, co przyniesie każdy dzień i reagować na zaistniałe sytuacje. Plan był dobry, ale jak to z planami bywa, najlepiej sprawdzają się w głowie lub na papierze. Co zatem zmieniło się we mnie po trzydziestu pięciu dniach wędrówki?

Dla ułatwienia, podzielę zmiany na trzy kategorie – fizyczne, mentalne i duchowe. Zacznijmy od pierwszej, najłatwiejszej.

Nie ma co się oszukiwać – Camino jest męczące, długie i wymagające. Co więcej, trzeba je zaplanować dość skrupulatnie. Nie mam tu na myśli dystansów, które chcemy pokonać każdego dnia – tutaj z pomocą przychodzą różnego rodzaje mapy, aplikacje, przewodniki i relacje ludzi, którzy odbyli podróż. Na czym trzeba się skupić, to własne ciało, które podpowiada, jak daleko może dojść. Można się oczywiście forsować i przekraczać granicę wytrzymałości każdego dnia. Sam tak robiłem. Ale wiecie co? Nie warto… Po każdym dniu, podczas którego za nic miałem sygnały wysyłane mi przez ciało, następnego odchorowywałem. Mimo, iż wiedziałem, że optymalny dla mnie dystans to 27-33 km, czasami dociskałem i przechodziłem 42 km. Wiecie, ile przechodziłem następnego? 20, może 25 w wielkich bólach i bez humoru, bo wiedziałem, że dzień wcześniej przegiąłem. Wyzwaniem zatem nie jest przebiec Camino i rozwalić sobie stawy – wyzwaniem jest uświadomić sobie na początku trasy, że bierzesz udział w maratonie, a nie w wyścigu na 400 m. Rozłóż siły, słuchaj ciała i hamuj umysł, gdy ten szepcze do ucha „dasz radę przejść jeszcze 4-5km. Nieważne, że następne miasteczko jest za 8km, dotkniesz granicy wytrzymałości i może nic sobie nie zrobisz”. Uwierzcie, na koniec Camino wasze łydki nie będą mieściły się w obcisłych spodniach, a plecy będą wytrzymywały dużo, dużo więcej.

DSC_0368

Zakwasów, obolałych stawów, odcisków czy otarć raczej nie unikniecie, ale przy rozważnym zarządzaniu siłami jest szansa, że nie nabawicie się kontuzji.

Najłatwiejsze za nami, czyli część fizyczna. Przejdę zatem do głowy, na koniec zostawiając duszę.

Myślę, że zmiany zachodziły w odstępach kilkudniowych. Pierwsza, którą zauważyłem, to wdzięczność. Małe rzeczy, o których zakładamy, że są nieistotne, bądź należą nam się bez większej przyczyny, na Camino potrafią sprawić, że trud wędrówki będzie mnie lub bardziej dokuczliwy. Szklanka wody czy soku, kostka czekolady, gdy braknie sił i spada morale, dach nad głową i prysznic, z którego nie sypią się kostki lodu, łóżko, w którym sprężyny jeszcze nie przebijają się przez materac czy posiłek, który napełni pusty brzuch. Pusty, bo trzeba zdać sobie sprawę z jeszcze jednej rzeczy – spalasz około 1500 kcal więcej każdego dnia, co skutkuje tym, że porcja jedzenia jest znacząco zwiększona.

DSCPDC_0001_BURST20181002100106705_COVER

DSC_0538.JPG

Zauważanie własnego sukcesu i wiedza, że dzisiejszy sukces nie oznacza, że jutro też go osiągnę, to druga zmiana. Sukces uskrzydla, gdy pozwolimy sobie go zauważyć i zaakceptować, iż jest naszym udziałem. Mądrość, która za tym idzie jest taka, że dzisiejszy sukces nie przekłada się na jutrzejszy – rano znów trzeba wstać i iść. Aż do celu, aż do końca, a droga jeszcze daleka. Należy zatem pamiętać, by zauważać swoje sukcesy, bo tylko wtedy mają one okazję do tego, by nas wzmacniać.

DSC_0675

Uczłowieczenie, a może trafniej, odłączenie się od wirtualnego świata. Zwyczajnie nie ma na to czasu, wędrując z grupą ludzi. Większą frajdę sprawiały mi rozmowy z innymi piechurami, którzy byli tam razem ze mna, niż sprawdzanie statusu na Facebooku. Podczas Camino bateria komórki wytrzymywała zadziwiająco długo. Okazało się również, że wraz ze wzrostem wydajności baterii wzrastała również ilość czasu, który mam dla siebie i innych w prawdziwym życiu. Smutne, że tak dobitnie przekonałem się o tym dopiero podczas długiej wędrówki. Może tak łatwy dostęp do internetu nie jest aż takim błogosławieństwem…?

DSC_0593.JPG

W grupie siła! Na jednym ze znaków ktoś napisał „jeśli idziesz sam, dojdziesz szybciej; idąc w grupie, dojdziesz dalej”. Nie umiałbym ubrać tego trafniej w słowa. Wiele sytuacji pokazało, że drugi człowiek jest najlepszym, co może Cię spotkać, gdy masz gorszy dzień lub gdy skaczesz ze szczęścia. Nie ma nic bardziej wynagradzającego, gdy druga osoba wpuści Cię do swojego świata. Momenty, podczas których przekrzykiwaliśmy się i śmialiśmy, aż brzuchy nas bolały czy te, gdzie w ciszy przemierzaliśmy kolejne kilometry kraju na długo pozostaną w mojej głowie. Są one bardzo intensywne, gdyż wiąże się z nimi ogromny wysiłek fizyczny. A jak wiadomo, wspólne trudy łączą.

DSC_0461.JPG

Wiek nie ma znaczenia, liczą się tylko chęci, to kolejne spostrzeżenie. Poranki nie były moją mocną stroną. Zwykłem mówić, że przez pierwszą godzinę muszę się rozruszać i wprowadzić w tryb chodzenia i oślego uporu. Nie ma chyba nic bardziej magicznego, gdy przy wschodzie słońca mijasz osoby po siedemdziesiątce, podtrzymujące się nawzajem i kroczące dzielnie, w swoim tempie. Widzisz siwe włosy, twarz, na której każda zmarszczka jest wspomnieniem przeszłości i błysk w oku, w którym widzisz, że jest w tym człowieku jeszcze siła, chęć działania. On/ona jeszcze nie skończyli. Zwykliśmy mówić wtedy, że Oni mieli całe życie, żeby przygotować się do tej drogi, a my mamy tę drogę, żeby przygotować się do życia. My, pisklaki i Oni, doświadczone ptaki. Nieznani sobie, a jednak połączeni w dziwny sposób przez drogę.

Zahaczyłem już trochę o uczucia, więc chyba naturalnym byłoby przejść teraz do duchowości.

Tutaj mogę Was, Drodzy Czytelnicy, rozczarować. Nie będę ujawniał czy lub co zmieniło się w mojej religijności. Uważam, że wiara jest bardzo intymną sprawą, o której wolę rozmawiać w cztery oczy, niekoniecznie na łamach bloga. Nie mniej, w kwestii duchowości ogólnie mogę co nie co napisać.

Religijny pielgrzym nie zawsze oznacza kato-terrorystę próbującego na siłę przekonać Cię do swych racji, a „niedowiarek” nie musi wcale omijać kościołów szerokim łukiem. Wszyscy znajdą dla siebie miejsce, czas i osoby, które podzielają ich poglądy, bądź są otwarte na coś nowego. I chyba ta otwartość najbardziej mnie urzekła. Stąd wolałbym nazywać pielgrzymów społecznością, która ma wspólny cel, a Camino nie pielgrzymką, a drogą, bądź wyzwaniem.

W katedrze w Santiago naszła mnie również pewna refleksja, którą chciałbym podzielić się z Wami na zakończenie.

Świątynia jest ogromna, piękna, święta. Zawsze jest tłoczno, zbierają się w niej zarówno Ci, którzy kończą drogę jak i mieszkańcy miasta. Są również ochroniarze/służby porządkowe i turyści, którzy traktują katedrę jak muzeum. W tym wszystkim ksiądz odprawiający mszę. Zastanawiałem się, jak taka msza wygląda z perspektywy duchownego? Ilość osób w budynku jest ogromna, ale ile osób tak naprawdę słucha, jest zaangażowana? Czy łatwiej jest prowadzić nabożeństwo dla niesprecyzowanej masy i odnajdywać skupione spojrzenia, czy też w niewielkim kościele, gdzie niedzielna msza jest istotna dla wszystkich 25 osób przebywających w środku?

Chętnie przeczytam w komentarzach, jak są Wasze opinie na ten temat.

 

Reklamy

12 uwag do wpisu “Caminando, czyli przemyśleń ciąg dalszy

  1. Piotrze, przyjemność po mojej stronie. To Twój komentarz/prośba skłoniły mnie do napisania tego posta, więc jeśli komuś należą się podziękowania, to Tobie, za bycie aktywnym i za moc przekonywania. 😉

    Polubienie

  2. Po przeczytaniu tego posta aż sama nabrała ochoty na taką wędrówkę. W 100% zgadzam się z tym, że na takich wyprawach można się oderwać od codzienności zapomnieć o istnieniu internetu i codzienności.

    Polubione przez 1 osoba

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s