Przemyślenia o Camino

Camino frances, czyli trasa piesza z Saint-Jean-Pied-de-Port do Santiago de Compostela to 775 km przez Francję i cztery prowincje Hiszpanii. Z reguły zajmuje od 28 do 33 dni. Santiago de Compostela jest trzecim najświętszym miejscem chrześcijaństwa – po Jerozolimie i Rzymie. Co roku przyciąga prawie 300 tysięcy pielgrzymów z całego świata.

DSC_0233DSC_0245

Pomysł zagnieździł się w naszych głowach wiele lat temu, choć byliśmy przekonani, że pokonamy te kilometry na rowerach. W końcu 775 km to kawał drogi! Zapisaliśmy Camino na naszej podróżniczej liście marzeń, po czym o niej… zapomnieliśmy. Lata leciały, a lista leżała bezpiecznie w jednym z naszych pudeł. W trakcie przygotowań do obecnego wyjazdu przekopywaliśmy wszystkie nasze rzeczy i odkopaliśmy listę marzeń. Wiele rzeczy zdołaliśmy z niej wykreślić, długo rozmawialiśmy o następnych pomysłach – co dopisać, a co się już przeterminowało. Oboje zobaczyliśmy hasło „Camino”. Wtedy wiedzieliśmy, że nadszedł czas. Ponoć na Camino trzeba być gotowym. I pomysł zaczyna Cię pociągać dopiero wtedy, gdy jesteś w stanie czerpać z tego doświadczenia garściami.

DSC_0377DSC_0440DSC_0405DSC_0287

Nie jest pewnie dla Was nowością, że nie jesteśmy ludźmi wierzącymi. Oczywiście zostaliśmy wychowani w kulturze chrześcijańskiej, uwielbiamy Boże Narodzenie i tak dalej, ale w kościele można nas spotkać raczej na ślubach znajomych, niż na pasterce. W końcu sami braliśmy ślub w Urzędzie Stanu Cywilnego. Z tego względu obawialiśmy się pielgrzymki do świętego miejsca. Nie jest nam po drodze z porannym nabożeństwem dla pielgrzymów, zakończonym błogosławieństwem duchownego. Obawialiśmy się, że ta trasa będzie wyglądała jak pielgrzymka do Częstochowy – z mikrofonami i wspólnym odmawianiem różańca. Nie mogliśmy się bardziej mylić! Panuje absolutna dowolność. Część faktycznie maszeruje z różańcem w ręku. Są też tacy, którzy idą z głośnikiem, z którego sączą się hity w sam raz na siłownię.

DSC_0394DSC_0358

To co nas urzekło w Camino, to fakt, że każdy jest tam w innym celu. Jedni chcą się zjednać z Bogiem, inni schudnąć. Ktoś szuka swojego wewnętrznego ja, a ktoś inny maszeruje szlakiem najlepszych winiarni Hiszpanii. Młodzi szukają odpowiedzi na to co zrobić ze swoim życiem, a starzy dziękują za wspaniałe życie, które mieli. Każda historia jest inna, a im więcej ich poznawaliśmy, tym bardziej zastanawialiśmy się, co my tu robimy? Czy powinniśmy próbować wpasować się w którąś kategorię?

DSC_0460

Postanowiliśmy rozpocząć naszą wędrówkę bez żadnych oczekiwań. Naczytaliśmy się o przemianach, jakich ludzie doświadczyli. Niektórzy nawet co kilka lat wracają na Camino, żeby przypomnieć sobie ważną lekcję, jaką ta trasa daje. Szczerze powiedziawszy nie spodziewaliśmy się cudów. Wiedzieliśmy, że będzie ciężko fizycznie, że czasem będzie nas wszystko bolało, że czasem będzie padał deszcz i że czasem chciałoby się mieć choć trochę prywatności, zamiast stuosobowego pokoju. Wiedzieliśmy też, że będą piękne widoki, masa nowych ludzi i na pewno nowe doświadczenia. Nie wiem jak Wy, ale ja nigdy wcześniej nie przeszłam całego kraju w poprzek. Nie byliśmy pewni, czy sama wędrówka przez tak długi czas zmienia coś w człowieku, czy tylko wiarą ludzie potrafią przenosić góry. To był nasz eksperyment – chcieliśmy to sprawdzić.

DSC_0440aDSC_0425DSC_0474DSC_0490DSC_0545DSC_0625-EFFECTSa

Rodzina Camino to ludzie, których poznajesz po drodze, a zaprzyjaźniasz się z nimi w ekspresowym tempie, bo spędzacie ze sobą 24 godziny na dobę. Nasza rodzina była naprawdę duża. Maszerowaliśmy w siedem osób – ja i Marcin, Piotrek z Polski (poznany pierwszego dnia), Bence z Węgier (również poznany pierwszego dnia), Kate z Australii (poznana trzeciego dnia), Alex ze Stanów Zjednoczonych (poznany razem z Kate) i jako ostatnia – Sara z Niemiec (dołączyła czwartego dnia). Zabawne było to, że czasem miejsca noclegowe mają w sumie 15-20 łóżek. Nasi sprinterzy (Kate i Alex) docierali do miejsc noclegowych szybciej niż reszta grupy i szukali noclegowni, która nas wszystkich pomieści. Czasem (jak w Burgos, czy Santiago) okazywało się, że najtaniej będzie wynająć mieszkanie dla nas wszystkich. Och, cóż to były za chwile… Nielimitowany dostęp do pralki, łazienka dzielona tylko między nami, nie więcej niż 2 osoby w jednym pokoju… Luksus! Wszyscy czuliśmy się wtedy jak rodzina królewska! 😉

DSC_0517DSC_0530DSC_0586a

Nie będę Wam dziś opisywać jak wyglądała wędrówka dzień po dniu. Uważam, że ważniejsze jest to, czego można się dowiedzieć o sobie. Niezależnie z jakiego powodu zaczyna się Camino, każdy kończy jako lepsza wersja siebie. Magia tego miejsca polega na tym, że w końcu ma się czas. W końcu możesz pobyć sam ze sobą! Nie wierzycie? Można to dość łatwo policzyć! Przeszliśmy w sumie 865 km (z Saint-Jean-Pied-de-Port do Santiago i dalej do Finisterre). Maszerowaliśmy przez 35 dni. Zaczynaliśmy między 7 a 8 rano. W następnym miejscu noclegowym meldowaliśmy się między 14 a 15. Więc… 35*7= 245 godzin! Tyle czasu mieliśmy na zastanowienie się nad wszystkim. Nad marzeniami i nad przyszłością. Zastanawialiśmy się kiedy nam rosną skrzydła, a co je podcina. Wymyślaliśmy kim chcemy się stać i jak wyobrażamy sobie siebie za 10 lat. To niesamowite czego można się o sobie dowiedzieć! Ile razy w życiu coś się wydarzyło, czego nie chcieliście roztrząsać. Myśląc, że bez sensu się w ogóle zastanawiać. Bez sensu marzyć o rzeczach, które nigdy się nie spełnią i bez sensu gniewać się na tych, którzy już odeszli z naszego życia. Okazuje się, że te wszystkie niepowodzenia, małe dramaty, niedopowiedzenia potrafią wracać w najmniej oczekiwanym momencie. Przekonaliśmy się o tym po drodze. I nie tylko my! Wiele razy widzieliśmy naszych towarzyszy, którzy szli ze łzami w oczach, zamyśleni, albo po prostu nieobecni. Widzieliśmy również, jak bardzo to wszystkim pomagało. Jak wszyscy coraz bardziej się otwierali. I coraz częściej śmiali.

DSC_0666DSC_0492DSC_0405aDSC_0312DSC_0329DSC_0586DSCPDC_0001_BURST20181003152031386_COVER

Camino frances jest podzielone na trzy części. Pierwszy tydzień, gdy idzie się przez Navarrę i Rioję, to część fizyczna trasy – ciało nie radzi sobie z takim obciążeniem. Wiecie… Właśnie wstaliśmy z naszych wygodnych kanap i foteli, zarzuciliśmy 10-kilogramowe plecaki na plecy i postanowiliśmy przejść z nimi całą Hiszpanię. To tu zaczynają się wszelkie możliwe bóle – nóg, pleców, kolan (pamiętacie moją niebieską taśmę ;-)). Tu również pojawiają się pierwsze odciski.

DSC_0609-PANODSC_0543DSC_0533DSCPDC_0003_BURST20181004120018801_COVER

Druga część to 10 dni przez Kastylię i León, czyli pustynia. Przez dziesięć dni szliśmy przez pustkowia. Kraina jest płaska jak naleśnik, a jak okiem sięgnął są tylko pola uprawne. Odległości między miejscowościami też się wydłużają. Przez dziesięć dni jedyne co się zmienia, to położenie słońca na niebie i ewentualnie pogoda. Wydawałoby się, że ta część jest łatwa – w końcu zostawiliśmy za sobą Pireneje, które tak nam dały w kość. Plecak też nie jest już taki straszny. Dużo osób omija tę część trasy, mimo że moim zdaniem jest najważniejsza! Dochodzę do wniosku, że najłatwiej jest poznać siebie i tych wokół nas w najcięższych warunkach. Wyobraźcie sobie teraz cały tydzień, kiedy maszerujecie około 30-40 km dziennie z obciążeniem. Pogoda waha się od słonecznych 30 stopni, do deszczowych 6 stopni. Marsz średnio trwa 7-8 godzin. Nie zawsze jest woda, nie zawsze jest gdzie się schować przez deszczem, a Wy jesteście między polem słonecznika, a polem kukurydzy. Z ludźmi, których poznaliście tydzień temu… Wszystkie najcięższe dni, największe załamania i największe sukcesy wydarzyły się właśnie tutaj. To tu traciliśmy nadzieję i zyskiwaliśmy przyjaciół. To tu nowo-poznane osoby potrafiły wyciągać najtrafniejsze wnioski i podtrzymać na duchu. To tu wczorajsza porażka nie przekreślała dzisiejszego sukcesu. I to tu najwięcej zmieniło się w naszych głowach. Zaczęliśmy cieszyć się każdym słonecznym dniem, każdym ciepłym prysznicem, każdym kubkiem kawy i tymi nielicznymi dniami, kiedy w albergue’ach były podwójne łóżka. Tak niewiele potrzeba do szczęścia! To właśnie tu wszystko nam zabrano, a my i tak byliśmy szczęśliwi.

DSC_0561DSC_0535DSC_0299DSC_0355DSC_0303

Na koniec została Galicja, czyli emocjonalna część trasy. Po trzech tygodniach marszu zaczyna się wielkie odliczanie. Na słupkach oznaczających trasę odliczane są kilometry do Santiago. Gdy po przekroczeniu granicy prowincji zobaczyliśmy, że do Santiago zostało tylko 160 km… Czuliśmy się, jakby to było rzut beretem! Do wszystkich zaczyna docierać, że najgorsze za nami, że zwyciężyliśmy. Wbrew wszystkiemu przez co przeszliśmy, dotrzemy do Santiago. Spotykaliśmy nowych ludzi, bo część zaczynała dopiero w Sarii (ostatniej miejscowości, z której można zacząć wędrówkę i otrzymać certyfikat ukończenia trasy). Również tutaj łączą się pozostałe trasy Camino (del Norte i Primitivo). Wszyscy powoli zaczynają się żegnać i zastanawiać co zrobić z nowo nabytą wiedzą. To czas kiedy wdrażamy całą tę wiedzę zdobytą po drodze.

DSC_0642DSC_0599DSC_0635DSC_0687DSC_0498

Ponoć droga nigdy się nie kończy. Przynajmniej tak twierdzą Ci, którzy byli tam wcześniej. Po prostu później zaczynasz zauważać te małe rzeczy, które tak uderzały na Camino, na co dzień. Wszystko jeszcze przed nami, ale już dziś wiemy, że było warto. Tego, że szczęście jest proste ponoć można nauczyć się z książek. Moim zdaniem najłatwiej jest się o tym przekonać na Camino. Każda, nawet najdłuższa podróż zaczyna się od pierwszego kroku. A gdy postawi się ich ponad milion, to można nawet przejść Hiszpanię. Z nowo-poznanymi ludźmi i z nowo-poznanym sobą.

DSC_0360

Reklamy

6 uwag do wpisu “Przemyślenia o Camino

  1. Dzień dobry moi drodzy,
    Niesamowita jest ta krótka opowieść o Camino. Jednym tchem połknąłem ten tekst i z żalem, że taki krótki. Przyznam, że od dłuższego czasu jest we mnie myśl o przejściu trasy na Camino i wasza podróż mi o tym przypomniała. Z radością obserwowałem waszą drogę, że przemierzacie ją tak sprawnie i bez żadnych „opisanych” trudności, a jak widać nie jest tak łatwo… czy zauważacie w sobie jakaś przemianę po tej, jak by nie patrzeć Pielgrzymce?

    Pozdrawiam serdecznie.

    Polubienie

    1. Bardzo nam miło, iż mogliśmy przypomnieć Ci o zakurzonym marzeniu. Wszak mówi się o tym, by nie odkładać marzeń, a odkładać na marzenia (ale o tym trochę więcej w następnym wpisie).
      Jaką przemianę masz na myśli? Duchową, mentalną, fizyczną?

      Polubienie

      1. Chodzi mi głównie o przemianę duchową, bo to też podresliliscie na wstępie, że z duchowością nie jest Wam po drodze. A zdaje sobie sprawę, że taka podróż do świetego miejsca odmienia ludzi. 🙂
        Co do przemiany fizycznej i mentalnej to jestem przekonany, że taka podróż zmienia perspektywę. 🙂

        Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s