Banaue – Batad Trekking

Jest 5 rano. Samolot właśnie wylądował, więc półprzytomni wychodzimy na płytę lotniska. Nie do końca wiemy, gdzie iść. Zaspani odbieramy bagaże i wychodzimy na miasto. Zadziwiająco tłoczne jak na tę porę dnia. Jeszcze nie wiemy jak dostać się do naszego gospodarza. Powinniśmy zacząć to organizować, ale tak strasznie chce nam się spać… Nocne loty maja swoje plusy – cenę. Niestety potem jestem nieprzytomna i ciężko mi się na czymkolwiek skupić. Robi się coraz cieplej – naprawdę jest dopiero piąta rano? Kiedy świat zdążył się tak nagrzać?

  • Cinek, chyba powinniśmy złapać taksówkę. Ponoć białe taksówki są dużo tańsze, mają liczniki, więc nie tak łatwo jest naciągnąć turystów. (skąd ja to wiem? I dlaczego o tym pamiętam o tej godzinie?)
  • Dobra, idę pogadać z kierowcami. Może chociaż będą w stanie oszacować cenę przejazdu.

Chwilę później widzę skrzywioną minę Cinka.

  • O co chodzi?
  • Taksówka będzie kosztowała ok. 80 zł.
  • To stanowczo a dużo. Chodź, wymyślimy coś innego.

Od domu naszego couchsurfingowego hosta dzieli nas 10 km. Na pewno istnieje jakiś środek transportu publicznego, z którego możemy skorzystać. Właśnie wtedy wpada nam do głowy odpowiedź – jeepney! Jest to główny sposób transportu na całych Filipinach, choć dla świeżaka, może się wydać nieco chaotyczny. Nie ma przystanków – żeby zatrzymać jeepney musisz pomachać do kierowcy. Trochę jak nasze przystanki na żądanie, tyle że możesz zatrzymać kierowcę, gdzie tylko masz na to ochotę. Jeśli chcesz wysiąść, to uderzasz monetą o dach. Proste, prawda? Na boku auta jest napisana jego trasa. Jeśli nie znasz topografii miasta, to… masz pecha. Zaczęliśmy pytać ludzi, jak dostać się do celu.

img_5475img_5483img_5492

Przedarliśmy się przez totalnie zakorkowane miasto w dwie godziny. Szybka kawa w sieci sklepów 7/11 i lecimy na spotkanie z gospodarzem. Niestety w trakcie rozmowy zaczęliśmy zasypiać. Mówią, że co się odwlecze, to nie uciecze. Przepraszamy, za nasze haniebne zachowanie i odpływamy. Obudziliśmy się w lepszych nastrojach, choć trochę skołowani. Było już ciemno, a wszyscy w domu szykowali się na imprezę – to był pierwszy raz, gdy spotkaliśmy się z tym, że kluby zatrudniają ludzi tylko po to, żeby przychodzili na imprezę z białymi turystami. Ponoć to prestiż dla klubu. Wcale na imprezę nie mieliśmy ochoty, ale couchsurfing to też pewne zobowiązania. Idziemy. Wróciliśmy do domu o szóstej rano i postanowiliśmy wyjechać, jak tylko dojdziemy do siebie. Nie po to przyjechaliśmy na Filipiny, żeby spać w ciągu dnia i imprezować w nocy.

Naszym pierwszym celem było Banaue. Miejsce, o którym słyszał każdy udający się na Filipiny. Tarasy ryżowe, które mają dwa tysiące lat, są wizytówką wyspy Luzon. Filipińczycy są z nich tak dumni, że nawet mają je na swoich banknotach. Monopol na trasę Manila Banaue ma firma Ohayami Trans. Niestety Manila nie ma jednego dworca autobusowego, gdzie różne firmy świadczą swoje usługi. Autobusy każdej firmy odjeżdżają z innego miejsca w mieście, a ich „dworce”, to często kawałek podwórka, gdzie na podjeździe swoi jedno auto. Autobusy do Banaue odjeżdżają od 20 co godzinę lub pół godziny w zależności od ilości chętnych. Koszt przejazdu 450 peso od osoby. (1zł = 12 peso)

O 7 rano jesteśmy na miejscu. Płacimy opłatę środowiskową 20 peso od osoby (co to do cholery jest oplata środowiskowa?) Szukamy miejsca, gdzie możemy zjeść śniadanie i zostawić duże bagaże. Nie będziemy potrzebować wszystkich naszych klamotów na dwudniowy trekking. Po chwili negocjacji z właścicielkom jednego hostelu udało nam się ustalić, że zostawimy plecaki za darmo, ale spędzimy w hostelu jedną noc po powrocie z gór. Przepakowaliśmy plecaki i w drogę!

img_5430

Chcieliśmy złapać trycykl, na początek szlaku, niestety ceny zwalały nas z nóg! Za 4 km kierowcy krzyczeli 200 peso… W końcu odeszliśmy od miejsca, gdzie zebrali się chyba wszyscy turyści z okolicy i złapaliśmy transport za 50 peso. Myślę, że taniej nie dało się tego zrobić. Postanowiliśmy zrezygnować z przewodnika. Aplikacja Maps.Me ma dość dokładnie zaznaczoną trasę, a 1000 peso za dzień to stanowczo za dużo. Poza tym wcale nam się nie śpieszyło, więc w najgorszym wypadku mogliśmy sobie pozwolić na to, żeby się zgubić.

img_5350-2

Na początku jest tylko jedna ścieżka, więc o zgubieniu się nie ma mowy. Trasa jest malownicza, choć wcale nie widać tarasów – idziemy przez las. Pierwsze godziny nie są wymagające, tyle, że trasa staje się monotonna. Kiedy w końcu zobaczymy tarasy? Las jest piękny, ale nie po to tu przyjechaliśmy!

img_5371

img_5387

W pewnym momencie zaczyna padać. Typowy deszcz monsunowy – leje jak z cebra, tak że w kilka minut jesteśmy przemoczeni aż do bielizny. Dobrze, że mamy zabezpieczone plecaki. W końcu aparat mógłby nie przeżyć takiej ulewy. Niestety pada, mniej lub bardziej, przez resztę dnia. Nie przejmujemy się tym zbytnio. Dotarliśmy w końcu do pól ryżowych, które wynagrodziły nam wszelkie trudy wędrówki w deszczu.

img_5413-2 img_5363img_5411

Spędzamy noc w Cambulo – wiosce w górach, do której można dotrzeć wyłącznie na piechotę. Widać, że większość mieszkańców żyje tu z turystyki, w końcu dla kogo ściągano by tu coca-colę? Nie wiedzieliśmy, że za prysznic będzie nam dziś służyło wiadro wody. Zimnej. Cóż, za późno by wybrzydzać. Na szczęście właścicielka jest przygotowana na przemoczonych wędrowców. W kuchni nam paleniskiem (tak, tutaj nadal gotuje się nad ogniskiem) możemy powiesić nasze buty. Pani zapewnia, że do rana powinny być suche. W ciszy przerywanej tylko bębnieniem deszczu o okno, zasypiamy jak dzieci.

img_5419

Buty nie wyschły, ale przynajmniej świeci słońce. Dziś będziemy mogli podziwiać tarasy do woli. Zwłaszcza, że drugi dzień, to w większości trasa samymi tarasami. Nasze telefony oczywiście straciły sygnał, więc Maps.Me jest mniej użyteczne, ale miejscowi są bardzo chętni do pomocy. Wychodzimy więc z miasteczka żegnani radosnymi okrzykami dzieci. Nie doszliśmy daleko, nadal widzieliśmy nasze miejsce noclegowe, gdy znów zaczęła się ulewa. Może okrzyki dzieci wcale nie były radosnym pożegnaniem, tylko ostrzeżeniem? Teraz już na to za późno. Znów okrywamy wszystkie cenne rzeczy plastikowymi ponczami jeszcze z Wietnamu i w drogę. W chwilę później nasza ostro pod górkę trasa zamienia się w rwący potok. Już nie ma znaczenia, że nasze buty nie wyschły przez noc. Woda wlewa nam się do nich od góry. Idziemy więc po kolana w wodzie modląc się, aby nie połamać nóg w błocie, które spływa z gór. Chwilę później Maps.Me zaczyna działać i zauważamy, że niedługo powinniśmy dotrzeć do altany. Postanawiamy przeczekać tam deszcz. W końcu deszcze monsunowe są bardzo intensywne, ale trwają chwilę, prawda? Gdy godzinę później leje nadal tak samo, a dodatkowo pojawia się mgła, postanawiamy ruszać. Szkoda czasu na czekanie, zwłaszcza, że jest nam zimno.

img_5417

Trasa nadal wiedzie przez tarasy, z których przelewa się woda. Kamienne ścieżki na brzegu tarasów nie są już stabilne, więc musimy być ostrożni przy każdym kroku. Wywrotkę zalicza tylko Cinek, dzięki Bogu, że to ja miałam aparat, a on wpadł do tarasu na którym stał, a nie tego 4 metry niżej. Jesteśmy już tak mokrzy i brudni, że nie robi to większej różnicy.

img_5421

Kilka godzin później dochodzimy do Batad. Tarasy naprawdę zwalają z nóg. Mamy szczęście. Słońce wychodzi na 5 minut w momencie, w którym jesteśmy w najpiękniejszym możliwym miejscu. Robimy zdjęcia i cieszymy się, że mimo paskudnej pogody przeżyliśmy tak fajną przygodę.

img_5426

Łapiemy jeepney i wracamy do Banaue, do wymarzonego hoteliku. Gdy właścicielka nas zobaczyła, przemoczonych, całych w błocie, ale z uśmiechami na twarzy, bez słowa przyniosła herbatę. Było oczywistym, że z przyjemnością zostaniemy tu jeszcze jedną noc.

dsc_0444-2img_5332-2

  • Cinek, idę się kąpać, gdzie masz klucz od pokoju?
  • Już Ci daję, ale poczekaj, jeszcze nie idź, muszę coś załatwić.

I wyszedł.

Nic nie powiedziałam, choć korciło mnie strasznie. Widziałam, jak na odchodne posłał mi jeden ze swoich łobuzerskich uśmiechów. Co on knuje? Gdy chwilę później wrócił z wielką torbą pod pachą, nadal nie wiedziałam o co chodzi.

  • Wiedziałem, że będziemy tu przez co najmniej dwie noce, więc oddałem nasze rzeczy do prania. Teraz możesz iść się kąpać i przebrać w coś suchego. Nie będzie Ci już zimno.

Mówiłam Wam już, że mam najlepszego narzeczonego na świecie, prawda?

————————————————————-

It’s 5 AM. Our plane just landed, so we have to get out of the craft. We are half concious and we don’t know where to go. Baggage! We collected our stuff and went out of the airport. City is weirdly crowded at this time of the day. Traffic jam at 5 AM? That’s something new. We have no idea how to get to our couchsurfing host. We should start to figure it our, but we are sooooo tired. There are pros for night flights. There is actually one, that I like the most – price. Unfortunatelly after these flights I am half concious and it’s hard for me to focus. It’s getting hot outside – is it still 5 AM? Did we just enter the oven?

  • Marcin, we should get a cab. The white ones are cheaper and they have meters. It’s harder to rob tourists there (where the hell did I get that info from??).
  • Ok, I’ll speak with the drivers. Maybe they will estimate the price for me.

A minute later I can see Marcin is angry.

  • What’s wrong?
  • Taxi will cost at least 1000 peso.
  • That’s way to expensive. We will figure out something else.

We have 10 km to go. There has to be some kind of public transport, that we can use to get there. Of course there is – jeepney! It’s a main kind of public transport all around Phillipines, but when you just arrived it may look quite chaotic. If you would like to enter the jeepney, you need to wave to the driver. He will stop, like on stops on demand. If you would like to get out of jeepney, you just need to take a coin and hit a roof of the car, easy right? There is an info about the route of the jeepney on the side of it. If you don’t know the city, you are screwed… We started to ask people, how to get to our destination. They were all very helpful and two hours later we were drinking a coffee in 7/11 in front of our host house. Uff! Unfortunately we were so tired, that we went to sleep almost immediately. It was dark outside when we woke up. People in the house were preparing themselves to get to the party. It was the first time, when we’ve heard that people are getting paid, for sending Westerns to the clubs. It’s a prestige apparently. We didn’t want to go, but couchsurfing is not only the free couch, right? We got back home at 6 AM. We decided to leave Manila as soon as possible, because we didn’t get to the other side of the world, to sleep during the day and party at night.

Our first destination was Banaue. I think everyone, who plan to go to Phillipines heard about that place. Two thousands years old rice terraces are a must see place in Luzon. Phillipinoes are so proud of them, that they even put it on their notes! There is only one company that operates that way – Ohayami Trans. Unfortunatelly there is not just one bus terminal in Manila. All of the companies have their own „bus stops”, normally it’s just a place in the garden, where is just one bus going to your direction and the ticket office is attached to it. Buses to Banaue run from 8 PM, every hour or half an hour, depends on how many people would like to go. It cost 450 pesos per person.

We got there at 7 AM. Everyone has to pay environmental fee (20 pesos), even if we have no idea what that fee is. We tried to find a place where we could leave our backpacks. We knew we won’t need everything that we packed there in the next two days. We agreed with a lady from one of the guesthouses, that we can leave our stuff for free, if we get back to the place and stay for a night. If not, we would have to pay 50 pesos per bag. Fair offer, lets do it!

We wanted to catch a tricycle to the begging of the path, but it was so expensive! It was 4 km away and all of the drivers said 200 pesos, come on! We went out of the place, where probably all tourists from the area tried to catch something and found a guy who agreed for 50 pesos. That sounded better for us. We didn’t have a guide either. We had almost all way in Maps.Me app and 1000 pesos per day was way to expensive for us. On the other hand, we had time, so we knew that even if we get lost, we can just spend some more time in the mountains. There was just one road on the beggining, so there was no way to get lost. The way was beautiful, but we couldn’t see terraces, it was just a forest. First few hours were easy, but after a while it started to be boring. The forest was beautiful of course, but it wasn’t the reason we got there. And then it started to rain. We were there during rainy season, so we shouldn’t be surprised, that 3 minutes later, we were soaking wet, including underwear… I don’t know why, but we put rain coats on our backpacks before we started. Lucky for us, camera was safe. Unfortunately it was raining to the end of the day. We found the rice terraces eventually, which looked amazing even in the rain. We were glad, we didn’t turn back when it started to rain. We stayed for a night in Cambulo – a tiny village in the mountains, where you can get only on foot. It’s obvious that they earn money from tourists mostly. Why would they have Coca-Cola here otherwise? We didn’t know that bucket shower is everything that we could expect tonight. Very cold bucket shower. It was to late to complain. Lucky for us, we were not the first people with wet shoes, so an owner organized a shoes drying spot. Just on top of the fire in the kitchen (they are still cooking on the open fire). She said they should be dry upon a morning. The silent outside was amazing. We could hear the rain dropping next to our window, we went to sleep like babies.

Our shoes were still wet in the morning, but it was finally sunny. Lovely weather took out all of our bad mood about it. We knew, that it’s going to be perfect, especially that on the second day, we should walk mostly on terraces! Our phones lost signal, so we couldn’t use Maps.Me anymore, but locals helped us to find our path. We went out of the village, surrounded by kids, who wanted to say goodbye to us. We didn’t walk very far, we could still see the village behind us, when it started to rain again. Maybe these kids didn’t say the farewells, but warned us about the weather? It was to late for that.We covered all of our belongings with a plastic ponchoes from Vietnam again. A minute later our steep way up, changed into a stream. It didn’t matter that our shoes were wet this morning, right now water was going into them from the top. So we walked knee deep in water, praying not to break a leg in a slippery mud on the bottom of our path. Maps.Me finally started to work! We found that there will be a shed soon enough for us to hide. We almost run over there. We decided to wait there, until the rain is over. An hour later, we knew it doesn’t make any sense and we realised that fog covered peaks nearby. There was no time to waste, especially that we were cold already.

We followed the road through the terraces, so full of water that it was actually running from the cascades. Stoned path on the edge of the terraces wasn’t very solid any more, so we had to be careful with every step. Marcin just once lost his balance for a second and landed in the mud, but on the same terrace that he stood, not the one 4 meters below. And I had a camera during that fall. We were so wet and covered in mud, that it didn’t make any difference. Few hours later we got to Batad. These terraces here are the most beautiful. We were very lucky – the sun showed up for 5 minutes when we were in the most picturesque point. We took some photos, happy that even in the shit weather we had such an amazing time over here. It was totally worth it!

We cought a jeepney back to Banaue, to our lovely guesthouse. The owner came to us with a hot tea, when she saw us – wet and covered with mud, but with huge smiles on our faces. It was obvious for everyone, that we would like to stay for one night there.

  • Marcin, I am going to take a shower, ok? Where do you have a key to our room?
  • There it is, but wait. Don’t go yet, I have to do something first.

And he left a guesthouse.

I didn’t say a word, even if I had some questions in my mind. I’ve seen that just before leaving he turned around and sent me a sly smile. What was he up to? I didn’t even realise what was going on, when he came back with a big bag in his hand.

– I knew we are going to be here in the area for at least two nights, so I took our clothes to the loundry. Now you can take a shower, but take some dry clothes with you. You won’t be so cold anymore.

I told you already, that I have the best fiancee in the world, right?

Reklamy

One thought on “Banaue – Batad Trekking

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s